cytat z forum napisał(a):
haczyk w tym (chyba kiedyś o tym pisałem) że słowo "ateista" pierwotnie nie oznaczało człowieka niewierzącego w Boga, ale niewierzącego w Boga osobowego (mówię o starożytnej Grecji, bo to słowo pochodzenia greckiego). Zmiana znaczenia dokonała się właśnie pod wpływem KRK.
Rotfl... Zabawne. Problem w tym, że Grecy nie bardzo mieli kontakt inny jak z bogiem osobowym (a właściwie ich liczbą mnogą), a jak już go nie mieli to pojawia się taki cudny termin jak "zmiana pola semantycznego". Do tego dwie rzeczy: Herodot konfabulator oraz wrodzona ksenofobia (wow, to też greckie słowo...) Greków świadczyły tak a nie inaczej. O ile dobrze pamiętam, to w Łacinie jest dopiero podział znaczeniowy na deus/Dominus. W grece (jakikolwiek dialekt) jest to po prostu theos.
No ale rozumiem, że ze skromnej alfy privativum robi się wielkie korale mecyje...

Kallisto napisał(a):
o właśnie. kluczowe jest, na której definicji się oprzemy. ateistom, których znam osobiście, bliższa byłaby ta druga.
Ateistom (wielopokoleniowym), których znam najbliższa jest taka, że ateista to człowiek którego problem Boga w ogóle nie dotyczy.

(vide tej definicji taki Dawkins nie jest ateistą, tylko antyteistą

)
Kallisto napisał(a):
miałabym problem z buddystami, którzy dość często są klasyfikowani jako ateiści, chociaż wierzą w istnienie bogów (można odrodzić się jako bóg/półbóg) - jakby mi ten pogląd ktoś obeznany mógł wytłumaczyć albo ostatecznie obalić
To nie do końca tak. Po pierwsze, uwielbiam ten tekst, "nie ma jednego buddyzmu". Zależy o jakiej buddyjskiej sekcie mówimy. Wedle b. tybetańskiego, pierwotnego, jasne że istnieją bogowie, demony i całe to tałatajstwo. I tak, można się odrodzić jako takowe. Ale wynika to z faktu, że buddyzm był odpowiedzią na zmęczenie hinduistycznym kręgiem wcieleń, stąd zostaje tak jakby ta wcześniejsza narośl mitologiczna. Nie zapominajmy, że Budda Sakjamuni był przecież kuszony przez Marę (odpowiednik chrześcijańskiego Sami-Wiecie-Kogo. Nie Voldemorta.) pod Bodh Gaia. I działo się to na ok. 500 lat przed Chrystusem.

Ale tak naprawdę bogowie nie powinni nas interesować, bo założeniem buddyzmu było wyzwolenie się z Sansary (czyli tego wiecznego kręgu wcieleń).

Inną sprawą jest to, co już gdzieś na bank pisałem - taki zwykły wyznawca co przegania jaki po dachu świata, wierzy np. w Buddę Sakjamuniego jak w boga.

Modli się do niego itp. A ci panowie w pomarańczowych szatkach wiedzą, że Budda Sakjamuni to był taki fajny gość, który pokazał im jak uciec z systemu. ;> I oni traktują go jak nauczyciela.
Ofkoz do tego dochodzi też choćby sam pozorny paradoks istnienia Dalaj Lamy (dlaczego Budda, jeśli był Oświecony, nadal pozostaje w kręgu wcieleń?) i parę innych rzeczy.
Poza tym co napisałem, to tak naprawdę czubek góry lodowej. Jest masa różnych ścieżek buddyjskich, począwszy od chan, zen, bon, na Najwyższej Prawdzie skończywszy.

Z tego co pamiętam odłamy liczą się w tysiące, zatem ciężko powiedzieć "w buddyźmie nie ma/są bogowie"

Ale mam silne wrażenie, że gdy ktoś mówi "buddyzm" to w głowie pojawiają się obrazy, które ja bym nazwał buddyzmem tybetańskim, Mahajaną, ew. Karma Kagyu (to popularna choćby w Polsce sekta).
Aha - na koniec, słowo "sekta" w sensie prawdziwym, czyli odłamu danej ogólnej ścieżki. KRK też jest sektą, tylko że oni zrobili sprytny szpryngiel semantyczny - vide sekta destrukcyjna. ;>