Neri napisał(a):
Ciekawe jednak dlaczego skoro wedlug propagandy zwanej podrecznikiem historii to w sredniowieczu wlasnie kraje islamu byly ostoja nauki i kultury a w chrzescijanskiej europie dominowala ciemnota zacofanie i inkwizycja...
Nie studiowałam arabistyki, ale otarłam się w swoich historycznych hobby o ten temat kiedyś. Według tego, co czytałam, złoty wiek islamu nie jest de facto dzieckiem islamu jako takiego, ale rozkwitu kultury bliskowschodniej (głównie perskiej, choć nie tylko), która przyjęła islam jako czynnik unifikujący. Islam nie był wtedy jeszcze tak twardy i okrzepnięty jak obecnie i nie starał się jeszcze wyprzeć kultur na których się rozwinął. Przykładowo najbardziej znany islamski (al)chemik Jābir ibn Hayyān miał sympatie neoplatońskie i zasłynął, między innymi, jako jeden z tłumaczy Tablicy Szmaragdowej. Gdyby islam był wtedy traktowany tak jak dziś tego typu publikacje nie byłyby zupełnie możliwe.
Trzeba pamiętać, że istnieje różnica pomiędzy religią a kulturą na niej opartą. Kultura bierze inspiracje z wielu źródeł, często działając wbrew religii dominującej. Oświecenie, humanizm i wolność religijna są de facto nieślubnymi dziećmi europejskiego chrześcijaństwa, bo w tej kulturze wyrosły, między innymi dzięki jej ekspansywności, kolonializmowi i wypracowaniu dużej ilości dóbr materialnych. Islam dokonał zjednoczenia kultury arabskiej, co pozwoliło na szybszy przepływ informacji i większą stabilność życiową. W tym okresie, w którym Europa tonęła w wewnętrznych wojnach to było bardzo dużo, wystarczająco do kontynuacji rzymskich tradycji filozoficzno-naukowych.
Sam fakt, że mamy wspaniałą sztukę przedstawiającą ludzkie postacie oraz czasami nawet samego Mahometa wybitnie świadczy o tym, że dawny islam tolerował to, czego dzisiejszy już zupełnie nie akceptuje.
Szerszen napisał(a):
Ja cały czas nie rozumiem, czemu zakaz związany z daną wiarą, czy negatywny stosunek do jakiegoś zjawiska ma być uznawany za patologię - zwłaszcza gdy to większość ustala prawa a nie mniejszość.
Religijne zakazy i nakazy z punktu widzenia kultury społeczeństwa demokratycznego jako całości są to, bez urazy dla nikogo, osobiste niegroźne (lub groźne) "odchyły"

Dopóki są niegroźne, a nawet pożyteczne, dopóty super, każdemu jego bajka - nikomu nie przeszkadza fakt, że muzułmanie nie piją alkoholu czy buddyści są wege. Jeżeli jednak zaczynają promować zachowania jakoś społecznie nieakceptowalne bądź generalnie jakieś mało przyjemne postawy, mogące na coś negatywnie wpłynąć, wtedy już społeczeństwo zaczyna się interesować. Ktoś religijnie nacechowany na nielubienie, na przykład, rudych, może powodować konflikty w środowisku pracy czy działać nieracjonalnie. Krańcowo zdarzają się przypadki, w których rodzice są przyczyną śmierci dziecka, bo konwencjonalna medycyna jest sprzeczna z ich światopoglądem.
Żadne "widzi-mi-się", nawet dla kogoś najświętsze, nie może stać nad zdrowym rozsądkiem i podstawowymi regułami danej społeczności. Religijność tegoż nie ma żadnego wpływu na ocenę szkodliwości danego poglądu. Jeżeli uznam, że ktoś ma szkodliwy światopogląd, to tak go określę i fakt, że jest on pochodzenia religijnego wcale tego nie złagodzi, a nawet pogorszy, bo to oznacza, że może być powszechny.
PS. Używam określeń "odchyły" czy "widzi-mi-się" nie w celu umniejszania czegoś, ale pokazania totalnego subiektywizmu tego, co ludzie uważają za święte, coby było jasne. Sama mam jakieś swoje widzi-mi-się
