Czytając dziś artykuł Magdaleny Kroh z sądeckiego muzeum etnograficznego o tradycjach bożonarodzeniowych na Sądecczyźnie, dostępny
tu, natknęłam się na opis przedstawienia kolędniczego, które uderzająco przypomina celtyckie mummers' dance, o którym m.in. pisałam w wątku o Alban Arthan
tu. Przeklejam odpowiednie fragmenty:
W Polsce:
Cytuj:
Turoń bądź koza przewodzili orszakowi, w którym szli także Cygan (czasem Cyganka), Żyd oraz dziad. Jeśli taka barwna grupa została wpuszczona do domu przez gospodarza, rozpoczynała przedstawienie, robiąc dużo zamieszania i hałasu. Żyd z Cyganem targowali byczka, turoń szalał, podskakiwał i zaczepiał dziewczęta, aż w którymś momencie padał. Następowało wtedy „cucenie” turonia – dmuchano mu w pysk, podpalano pod nim słomę, masowano, wlewano wódkę do pyska, odczyniano uroki. Poddawany takim zabiegom, w pewnym momencie turoń „zmartwychwstawał” i znów zaczynał hasać. Przedstawienie wkrótce się kończyło. Ożywianie turonia to ważny element kolędowania, a jego geneza sięga czasów przedchrześcijańskich. Tego typu zabiegi nawiązują do obrzędów magii wegetacyjnej dawnych Słowian, praktykowanych w tym okresie roku podczas świąt agrarnych. Turoń, który najpierw padał, a potem „zmartwychwstawał”, symbolizował odrodzenie ziemi, która „zasypia” na zimę i odradza się wiosną.
oraz:
Cytuj:
Niekiedy – dziś już głównie u górali sądeckich – z kolędnikami chodził człowiek przebrany za niedźwiedzia. W barwnym pochodzie kolędniczym szli Cygan, Żyd, dziad, pojawiał się też góral. Jak u turonia istotne było „zdychanie”, tak dla niedźwiedzia charakterystyczne było przewracanie się i turlanie po ziemi, co również było związane z symboliką płodności.
Na Wyspach:
Cytuj:
Ostrokrzew: Bóg-mężczyzna, ciemna strona Koła, upadający król, kończący się rok, nieuchronność śmierci, ale i odrodzenia. W triadzie z Bluszczem i Jemiołą daje ciągłość życia i śmierci, prawo odrodzenia. W nim zamkną się męskie archetypy zimowego święta: upadającego króla ciemności/podziemi (Holly King, Llywd), ale też zimowy, śpiący/umarły aspekt Słońca (Lugh, Pryderi). Istotne jest, że w tradycji (wszędzie na Wyspach) między Przesileniem a Nocą Trzech Króli pojawiają się tzw. mummers – trupy świątecznych aktorów odgrywających krótkie przedstawienia na ulicach, w kościołach. Archetypiczna scena przedstawia walkę Króla Dębu (nadchodzący nowy rok) z Królem Ostrokrzewu (ustępujący stary rok), w którym Ostrokrzew zostaje zabity. Wówczas pojawia się Uzdrowiciel/Mag, który przywraca Ostrokrzew do życia, Dąb poznaje w nim swojego brata, a ten z szacunkiem oddaje Dębowi władanie słoneczną stroną Koła Roku. Dochodzi do pokojowego pojednania (Jemioła!), ze wzajemnym uznaniem sił. Stąd nie wolno zerwanego ostrokrzewu spalić, czy złożyć w ofierze do ognia. Zaprasza się go do domów, albo stawia na straży przestrzeni rytualnej, aby kolcami honorowo strzegł wzywających Słońce.
Nie jestem specjalną fanką etnologii porównawczej, ale zastanawiam się czy znacie inne przykłady takiego rytualnego przywracania do życia w tradycjach kolędniczych? I czy ten motyw ma jakieś odzwierciedlenie w mitologii słowiańskiej? To mógłby być dobry punkt wyjścia do przestudiowania wzajemnie przenikających się elementów słowiańsko-celtyckich.