Umówiłem się ze zjawą i z Vladem na sobotni wieczór na Cmentarzu Bródnowskim. Jako że w nocy z piątku na sobotę mieliśmy nów, Zjawa zaplanowała sobie na ten dzień ceremonię związaną z niedawno zmarłą babcią, która pochowana jest właśnie na tym cmentarzu, a ja i tak chciałem zrobić rytuał, więc połączenie naszych działań było jak najbardziej na miejscu.
Dotarliśmy na cmentarz przed 18-tą. W jednym ze sklepików z kwiatami zjawa kupiła lilie i znicz, po czym udaliśmy się na cmentarz. Poszliśmy najpierw poszukać grobu dziadka zjawy, a potem ruszyliśmy na grób babci. Po drodze spotkaliśmy się z Vladem, który przyjechał innym autobusem. Miał na sobie swoją powycieraną kurtkę, przez co nie poznałem go od razu bez wojskowego szynela.
Przy grobie babci posiedzieliśmy trochę, porozmawialiśmy. Zrobiło się chłodniej i pożałowałem, że jednak nie wziąłem kurtki. Otworzyłem butelkę wina zeszłorocznego. Zjawa wylała odrobinę na grób jako ofiarę i sami wypiliśmy po łyku, aby tradycyjnie wypić ze zmarłymi. Ok. 20-tej poszliśmy się przejść. Zastanawialiśmy się jak rozwiązać kwestię ochrony cmentarza. Doszliśmy do wniosku, iż panowie w czarnych uniformach raczej nie pozwolili by nam na ceremonię przy grobie, która nie mieści się w ich doświadczeniu i jest inna niż uklęknięcie (tzn. przycupnięcie) zmówienie zdrowaśki, przeżegnanie się i poplotkowanie z sąsiadką. W końcu doszliśmy do wniosku, że jeśli już nas zauważą, to poprosimy grzecznie, by pozwolili nam skończyć. I też po kilku minutach zobaczyłem jaskrawo-zielone kamizelki ochrony. Dwóch młodych ludzi też nas zauważyło. Powiedziałem do zjawy, by się nie chowała, bo to nie ma sensu, w końcu nie jesteśmy przestępcami. Chłopcy podeszli do nas i szybko dało wyczuć się ich agresję i adrenalinę. Wówczas tylko jeden z nich się odzywał. Demonstracyjnie machał czarną pałką policyjną.
- Czego tu szukacie? - rzucił do nas przeciskając się między grobami. - Zgubiliście coś?
Zdziwiło nas to pytanie i wydało się lekko absurdalne.
- Jesteśmy na cmentarzu - odpowiedziałem.
- Nie wolno tu chodzić. Jak chcecie stąd wyjść? Kto was wypuści? Przyszliście coś rozwalać? Malować groby?
Zrozumiałem, że człowiek nie bardzo radzi sobie w sytuacjach konfliktowych. Prawdopodobnie przeszedł jakiś przyspieszony 2-tygodniowy kurs ochroniarski bez podstaw psychologii i prowadzenia mediacji.
- Ale przepraszam bardzo - zjawa było lekko zdenerwowana agresywną postawą ochroniarzy. Twarz mówiącego poczerwieniała i głos mu się trząsł. - Przyszłam tu na grób babci.
- Jakiej babci? - widocznie nie pasowało im coś. Może nasza postawa? Byliśmy grzeczni, nie uciekaliśmy, nie chowaliśmy zdechłego kota pod kurtką?
I dalej rzucali energią typu "wynoście się stąd". Wtedy jeszcze nie skojarzyłem tej energii. Dopiero później pokazała swoją twarz.
Po kilku próbach rozmowy pomyślałem, że po prostu odprowadzą nas do bramy i coś tam jeszcze pomarudzą. Ku mojemu zdziwieniu pozwolili nam odejść na grób babci. Myślałem, że będą stać i patrzeć, ale nie - poszli sobie. Na odchodnym powiedziałem im jeszcze w którym sektorze będziemy.
Agresja trochę wybiła nas z tego nastroju, jaki zwykle panuje na cmentarzach. Wcześniej byliśmy wyciszeni, spokojni, skłonni raczej do refleksji niż dyskusji i pertraktacji.
Zjawa rozłożyła swój sprzęt ceremonialny i rozpoczęła ceremonię. Postanowiłem, że po prostu skupię się na zwykłej obserwacji i w razie, gdyby zniecierpliwieni strażnicy przyszli ponownie, porozmawiam z nimi na uboczu, by poczekali aż zjawa skończy. W końcu nie wyglądało to dla zwykłego człowieka jakoś dramatycznie - kadzidełko, znicz, woreczek z ziołami, zjawa klęcząca i mantrująca cicho. Ściemniło się zupełnie. Rozmawiałem sobie z Śladem na temat matematyki nieeuklidesowej i problemie opisania liczby Pi w systemie dziesiętnym, kiedy zobaczyłem pluton egzekucyjny, a potem usłyszałem ciężkie kroki na asfalcie. Prowadził mężczyzna ok. 45-50 lat, ubrany w zwykły sweter, choć z plakietką firmy ochroniarskiej.
Powiedziałem "dobry wieczór". Nikt nie odpowiedział. Przeszli w milczeniu alejką i weszli w rząd grobów, gdzie byliśmy my. Mężczyzna tonem ni znoszącym sprzeciwu i tą dziwną bezpłciową miękkością, którą zwykle da się wyczuć u mężczyzn szkolonych przez Kościół Katolicki w seminariach.
- Zwijać to! - rozkazał.
Podszedłem do niego.
- Przepraszam - zacząłem - czy mogliby panowie poczekać? Ta pani właśnie żegna się z babcią która zmarłą niedawno.
- Zwijać to! - widać było że jest już nieźle nabuzowany agresją.
- Co to za gody? - zapytał z pogardą młody ochroniarz którego wcześnie już spotkaliśmy. Postawił ciężki but na innym grobie i zrobił taki gest wskazując pałką jakby chciał porozrzucać kadzielnicę, zioła i owoce.
Dotarło do mnie, że oni nie przyszli tu się upewnić, czy wszystko jest ok., czy jacyś sataniści nie rozwalają grobów. Oni z agresją widoczną jak u zwierząt przyszli nas zlinczować. Niestety nie mieli takiego prawa, więc w swoim prymitywnym zachowaniu uderzali w nas tą energią. Stwierdziłem, że nie ma co z nimi dyskutować, bo się nie da. To tak jakbym chciał rozmawiać z cegłą o chmurach. Pomogłem zjawie spakować sprzęt. Zjawa w tym momencie była zupełnie rozbita. Właśnie w agresywny sposób wyrwano ją w trakcie ceremonii, z głębokiego transu. Mężczyznom nie spodobało się to, że leżała na ziemi przed grobem (w ich pamięci zostały wykasowane ceremonie katolickie, w których ludzie biczują się do krwi, idą na kolanach wiele kilometrów, leżą krzyżem w kościele na posadzce, etc.)
Poleciało jeszcze kilka uwag pod naszym adresem, że co to jest i że bezcześcimy groby. Nie zobaczyli w tym co robimy pełnego szacunku dla zmarłych. Nie zobaczyli świętości chwili. Nie pasowało to do modelu katolickiego.
Zebraliśmy się i pod eskortą zostaliśmy odprowadzeni pod bramę. Przy końcu jeden z ochroniarzy pobiegła do bramy. Pomyślałem, że coś się kroi, że to jeszcze nie koniec.
Gdy dotarliśmy do bramy od ulicy Wincentego, kazali nam poczekać. Stali w milczeniu i obserwowali nas. Mężczyzna w sweterku (tajniak plebani) rozmawiał przez telefon.
Po jakimś czasie podszedłem do nich. Zaczęliśmy znowu marznąć.
- O co chodzi? Dlaczego stoimy przed bramą? - zapytałem. Nie dostałem odpowiedzi.
Poczekaliśmy jeszcze trochę. W końcu znowu podszedłem i zapytałem dlaczego nas nie wypuszczają.
- Poczekacie aż przyjadą odpowiednie osoby. - taką dostałem odpowiedź.
Wzruszyłem ramionami. Pomyślałem, że pewnie chcą nas postraszyć, potrzymają jeszcze ze 20 min. pokazując kto tu rządzi i puszczą nas. Zadzwoniłem do dziewczyny i powiedziałem gdzie jesteśmy i jaka jest sytuacja. Powiedziałem jej, żeby zadzwoniła na policję, gdyby sprawa się przeciągnęła i ochrona przetrzymywała nas siłą.
Czekaliśmy dalej. Porozmawiałem z Vladem i zjawą o tej sytuacji która zaczynała robić się dziwna. W końcu zaproponowałem, że zadzwonię na policję, bo to nie ma sensu.
Podszedłem do ochrony
- Panie kierowniku - odezwałem się do mężczyzny w sweterku, który rozmawiał przez telefon. - To może ja zadzwonię na policję? Będzie szybciej.
Nie dostałem odpowiedzi. No więc zadzwoniłem.
Po chwili rozmawiałem już z oficerem dyżurnym. Powiedziałem, że jesteśmy przetrzymywani przez ochronę i nie dostaliśmy żadnego wyjaśnienia. Oficer przyjęła (kobieta) zgłoszenie i poinformowała mnie, że zaraz przyjedzie patrol i poprosiła, bym zadzwonił jeszcze raz, gdyby sprawa wyjaśniła się do tej pory.
Poczekaliśmy kolejne10 min.
Przyjechał samochód straży miejskiej. Wysiadł strażnik i policjant. Policjant grzecznie się przywitał i zapytał kto złożył zgłoszenie. Odpowiedziałem że ja, po czym poprosił mi o wyjaśnienie sytuacji.
Zacząłem odpowiadać, gdy mężczyzna w sweterku w swoim zacietrzewieniu przerwał mi i zaczął swoją wersję. Poprosiłem go, by mi nie przerywał. Grzecznie zamilkł dopiero gdy funkcjonariusz zwrócił mu uwagę, by strony przedstawiły sprawę po kolei. Dokończyłem pokrótce co się wydarzyło. Nasza wina była taka, że zostaliśmy po zmroku, ale też ochrona wiedziała gdzie jesteśmy i sami pozwolili nam zostać przy grobie babci. Gdyby nam nie pozwolili, grzecznie wyszlibyśmy.
W tym czasie przyjechało jeszcze dwóch policjantów. Najwidoczniej ochrona też wezwała policję.
Niska policjantka (miła i wyluzowana) kazała nam opróżnić plecaki. Wiedziałem, że nie mają prawa robić nam osobistej rewizji, czy jak to tam się nazywa, ale stwierdziłem, że nie ma sensu jechać na komisariat tylko po to, żeby sprawdzili nam plecaki. Opróżniliśmy plecaki. Było to nawet zabawne. Grzechotka, drumle, wino, sztylet, zioła, fajki - czyli zwykły sprzęt, jaki każdy porządny szamaniak czy okultysta nosi w plecaku.
Gdy wyciągnąłem runy porozmawialiśmy sobie trochę o tarocie. Policjantka stwierdziła, że woli tarot od run. Przyznała, że nie zna run, więc w jednym zdaniu powiedziałem jej, na czym polega różnica tych dwóch systemów. Policja ze szczególną uwagą sprawdziła woreczki z ziołami. Jak się jednak okazało, wszystkie były legalne. Ja miałem mieszankę tytoniu, kocimiętki, damiany i heimy. Pożartowaliśmy sobie jeszcze. W tym czasie jeden z policjantów spisał nasze dane z dokumentów i sprawdził zapewne, czy nie jesteśmy poszukiwani, karani albo coś w tym stylu.
Vlad wyraźnie zaczął się nudzić. Mnie też już sytuacja zmęczyła i złapaliśmy lekką głupawkę, więc poprosiłem go by opowiedział jeden z odcinków serialu, który reżyserował. Opowiedział historię świętego bakłażana. Zresztą Vlad nawet przed przyjazdem policji próbował porozmawiać z ochroną, ale za każdym razem słyszał jedną odpowiedź od kościelnego tajniaka : "nie dyskutuj". Nie dało się. Facet był mocno zacięty na jednej odpowiedzi.
Później była jeszcze drobna sytuacja, która też poniekąd mnie rozbawiła.
Vlad znudzony zwrócił się do mężczyzny z plebani:
- Czy mogę zadać panu pytanie?
- Słucham.
- Ale czy nie będzie mi pan przerywał?
- Słucham.
Wyczułem intencję pytania.
- Czy wieży pan w magię? - poczułem wyraźną energię w tym zdaniu, która przepłynęła do mężczyzny. Tamtemu zachwiała się głowa i oczy zrobiły jakiś dziwny taniec, jakby miał nerwowy tik.
- Nie - odpowiedział po chwili wahania.
- A czy wierzy pan w boga? - z kolei ja zapytałem.
- Nie - odpowiedział ponownie.
- A czy wierzy Pan, że istnieje duch, nie tylko materia? - zadałem trzecie pytanie.
W tym momencie młody ochroniarz się wtrącił
- Przestałem wieżyc, gdy byłem w przedszkolu.
"I na etapie przedszkola zatrzymałeś się" chciałem odpowiedzieć, ale powstrzymałem się.
Wystarczyło. Po chwili zapytałem Vlada, czy pamięta historię Piotra, gdy trzykrotnie wyparł się swojego mistrza. Nie musiałem nic dodawać.
Po jakimś czasie czekania spojrzałem na młodego ochroniarza. Wpatrywał się we mnie intensywnie. Było to zwierzęce spojrzenie, które czasem można dostrzec u osób, którzy nie są w stanie panować nad własną agresją, którzy swój strach przeradzają w gniew. Popatrzyłem w jego oczy i zobaczyłem, że jest opętany przez demona, który karmi się jego gniewem. Tego samego demona zobaczyłem u mężczyzny z plebani. To było coś jakby strażnik katolicki (albo wykorzystywał formę katolicką), który bronił przed wpływami z zewnątrz. Bardzo agresywny, wręcz fanatyczny. Młody ochroniarz zaczął bezgłośnie rzucać groźby w moją stronę. Widziałem, że zapętlił się na tej agresji, więc powiedziałem mu, że ten gniew jest mu niepotrzebny. Nie docierało, więc się odsunąłem aż ochłonie.
Gdy policja sprawdziła nasze dane, mediator zapytał ochronę, czy doszło do jakichś uszkodzeń, wandalizmu. Odpowiedzieli że nie. Vlada poinformował co ma zrobić, jeśli będzie chciał złożyć skargę.
Policjantka, która wyszła wcześniej, powiedziała na odchodnym, że może będzie chciała porozmawiać o runach. Zaprosiłem ją na swoją stronę.
Brama została otwarta.
Przed wyjściem podałem rękę ochroniarzom jako zwykły gest pojednania. Kątem oka zobaczyłem, że młody ochroniarz zacisnął zęby i rzucając wiązankę odszedł, niemal odskoczył, by tylko uniknąć sytuacji, w której stanę przed nim z wyciągniętą dłonią.
Wyszliśmy.
Było już dość późno więc wezwaliśmy taksówkę. Czekając na taksówkę pogadaliśmy sobie jeszcze z policjantem który został. Pytał nas już prywatnie jak to jest z tą magią, bo on też się trochę tym interesuje. Poza tym interesuje się psychologią i pokrewnymi naukami, więc widać było, że można sensownie porozmawiać, choć kontekst tego wszystkiego nie był najlepszy. Gdy zajechała taksówka, pożegnaliśmy się i pojechaliśmy do domu dokończyć ceremonię z dala od ksenofobii...
Co to za religia, która karze zamykać swoje świątynie i cmentarze na noc? Ok., rozumiem - wandalizm, złodzieje, etc. Ale coś musi być nie tak z tą religią, skoro zamykają miejsca, które uważają za święte??? I jak w tym wszystkim ma się odnaleźć człowiek, który nie jest katolikiem, a np. szamanem, poganinem lub wyznawcą jakiejkolwiek religii której nie może praktykować, bo zaraz jest szykanowany? Przepraszam, czy wolno mi usiąść przy grobie, podzielić się winem, owocami, zapalić ogień, porozmawiać ze zmarłym? Jeśli problemem jest pora, to proszę bardzo - mogę zostawić swoje dane na dyżurce i chętnie powiem, w którym sektorze będę przebywał...