inntegra napisał(a):
Marto Malgorzato, chyba mysle troche podobnie; ale czy mi sie wydaje, czy teoria troche traci starym dobrym ateizmem?
Trochę trąci

- zwłaszcza, że sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że nie wierzę, nie uznaję, nie przyjmuję do wiadomości istnienia bóstw antropomorficznych, uważając, że są to tylko stworzone przez ludzi "nakładki", obejmujące wycinek czegoś większego, nieludzkiego i niezrozumiałego, któremu to wycinkowi kształt nadaje jedynie wiara i wyobraźnia wyznawców. Ani nadrzędnych planów, z góry wyznaczonych celów. To takie... ludzkie. A świat sam w sobie jest bardzo nieludzki, tyle że skoro go zdominowaliśmy, wydaje nam się, że działa podobnie jak nasz umysł - z celem i planem. Niektórzy zapewne, skoro osobowych bóstw nie uznaję i nie wyznaję - nazwaliby mnie ateistką. Ale to nie tak, sprawa jest cholernie skomplikowana i nie za bardzo do opisania na trzeźwo i w dodatku na forum
@YurikoAle klasyczny buddyzm, czyli w zasadzie pierwotna teoria reinkarnacji, zakłada, że inkarnujemy w cokolwiek. Kamień. Bakterię. Drzewo. Jętkę. Wiewiórkę. Nasturcję. Cokolwiek. I z tym wiąże się karman - sam fakt, że narodziliśmy się jako ludzie już świadczy o tym, że osiągnęliśmy najwyższy możliwy stopień rozwoju i jeżeli tego nie spieprzymy - jesteśmy o krok od nirwany. Jak spieprzymy - możemy odrodzić się np. jako rozwielitka. Bo klasyczny buddyzm jest w pewnym sensie antropocentryczny (skoro uważa, że ludzkie wcielenie dowodzi najwyższego etapu rozwoju ducha), ale nie tak bardzo, jak ten późniejszy, typu Diamentowej Drogi na przykład, w którym zakłada się, że inkarnujemy jedynie jako ludzie i w kolejnych wcieleniach odrabiamy kolejne lekcje, a nasz los jest ściśle związany z naszym postępowaniem i doświadczeniami z poprzednich wcieleń. I ja - jeśli już musiałabym iść na imieniny do tej cioci, o której mówi inntegra - wolałabym, żeby impreza wyglądała tak, jak w starszej, pierwotnej wersji buddyzmu - mając nawet być może możliwość wyboru, w co chcę inkarnować (tu z kolei trochę kłania się celtycki mistycyzm - choćby rozmowa dwóch mędrców albo inkarnacje Fiona). Ale i tak tylko jeśli nie miałabym innej możliwości i w momencie umierania została postawiona przed wyborem: inkarnujesz, albo trwasz bezcieleśnie, bez możliwości zakończenia istnienia w ogóle. Mogąc wybrać tę trzecią możliwość, bez wahania bym się na nią zdecydowała. Nie przekonuje mnie ani nie pociąga wiara w życie wieczne... jest niezgodna z naturalizmem, jak dla mnie. A przy tym antropocentryczna jestem tylko na tyle, na ile zmusza mnie do tego ograniczenie gatunkowe w (ewentualnym) tym wcieleniu, natomiast uważam, że człowiek nie jest pod względem - ekhm... duchowym - w niczym lepszy czy bardziej rozwinięty niż łosoś, brzoza, papuga czy kot.
Cytuj:
Bo w końcu, skoro mogłam obrócić się w niebyt i zostać "wchłonięta" przez innych ludzi (brr, aż mam ciarki).
Hehehe... w tym, jak ja postrzegam tę sprawę, ludzie są ostatnim ogniwem, które może wchłonąć. No, może nie ostatnim, ale pierwsze będą te stworzenia, które się będą pożywiać na naszych szczątkach materialnych. Bakterie gnilne, glebowe, robaczki-trupojady itd.
Bo dla mnie duch jest wieczny, energia jest wieczna i materia też. Tyle że zmieniają stany skupienia. Jesteśmy zbudowani z tej samej materii, z której jest zbudowana ziemia, po której chodzimy i krzesło, na którym siedzimy. I drzewa wokół, i bakterie. Dlaczego z duchem miałoby być inaczej? A świadomość własnego "ja", jakakolwiek świadomość, a zwłaszcza samoświadomość i poczucie jakiejś integralności, jest według mnie tylko wynikiem konkretnego zorganizowania materialno-energetyczno-duchowego. Po rozpadzie materialnego nośnika, czy też równolegle z tym rozpadem, rozpada się jak on.
Ja tak to widzę. I tak wierzę. Może to rodzaj mojego myślenia życzeniowego. A jak jest i tak wszyscy się przekonamy, było nie było śmierć jest jedyną w życiu pewną przyszłością
